wtorek, 25 sierpnia 2015

Praca modelki taka łatwa

         Większość z Was (pozdrawiam małe grono Panów, którzy czytają i pewnie woleli być strażakami :)) chciało być modelkami. Robiło głupie miny do lustra, wcześniej wyciągając z maminej szafy sukienki, szpilki i oczywiście czerwoną szminkę, którą trzeba było się solidnie upaćkać. Marzyłyśmy o długich nogach, nienagannej sylwetce i wybiegu. A sesję zdjęciowe do pism rodem Glamour (jak jest błąd to wybaczcie...) i okładka byłoby wisienką na torcie! No dobra, z tortem przegięłam, bo od kiedy modelki tort jedzą?!
  
O tym, że modelką nie będę wiedziałam od dawna. 175 cm uzyskuję w szpilkach, pewnie Woliński powiedziałby mi, że mam z 20kg nadwagi - a lubię to swoje ciałko :) Być takim wieszakiem bez tyłka i cycków? No dobra, tego drugiego też mi brakuję, ale najważniejsze to akceptować siebie! Jednakże kto mi zabroni amatorskiego pozowania? Kumpel będzie miał do swojego portfolio (a może to co mają fotografowie się inaczej zwie?) , ja spędzę miło czas i będę bogatsza o kilkanaście zdjęć, które będę mogła pokazywać wnukom. "Paczcie jaka kiedyś babcia była młoda i piękna!" Heheszky.


1. Upały nie sprzyjają sesjom. Włosy się lepią do pleców i człowiek nie wie co z nimi począć. Najpierw miałam koczka - idealna fryzura na lato. Jednak do zdjęć nijaka. Stylistka z pożałowaniem pokręciła głową na moje "dzieło". :(  

2. Ta cholerna blenda! A jak wychwalał! Dzięki niej można dobrze doświetlić i jakie cuuuuuuuudowne zdjęcia. A wiecie jak po oczach fajnie daję? Jeśli macie jakiś wrogów serdecznie polecam - oślepienie murowane. Jednakże do zdjęć bardzo dobra rzecz. Dawid pokazał mi efekt z tym cackiem i bez niego. Naprawdę robi wrażenie. Jednakże modelka musi przeboleć. Spoko, znalazłam sposób - po prostu patrzenie trochę w inną stronę. Gicior. Jednak tak sobie myślę co mają powiedzieć te profesjonalne modelki. W końcu oni w tym studiu mają tam pełno świateł, które pewnie skierowane prosto na ich twarzyczki. #makabra

3. Czasami ciężkie pozy. Ja tam nie narzekałam. Chociaż jedna była dosyć upierdliwa. Lubię sobie poćwiczyć z ciężarami, ale tylko i wyłącznie poćwiczyć. Trzymać takiego ciężkiego lampionu niekoniecznie. Nieustannie przez kilka minut, które ciągną się jak godziny. Kolejny punkt czemu modelką nie zostać! :D I to kurde po jednej sesji. Od razu się człowiekowi odechciewa. : )) 



Sobie ponarzekałam. Co nie znaczy, że zdjęcia mi się nie podobają. Wręcz odwrotnie. Są przecudowne! I chociaż czasami nie wiedziałam co począć zwłaszcza z rękoma i nogami - oj nie chcą mi współgrać to ekipa była bardzo pomocna! :)  Cały dzień zdjęć wymęczył mnie potwornie, ale było to pozytywne zmęczenie! Żeby nie było, że tylko ja miałam tak okropnie i źle to muszę powiedzieć, że fotograf też ma ciężką pracę. Czasami światło nie takie, tu nie ma kto potrzymać, a tu pokrzywy. :D A i czasami trzeba pogłówkować, żeby wymyślić coś fajnego. Jednak polecam spontan - można wpaść na coś przy okazji. I zawsze wychodzi :)  

 Efekt pierwszej współpracy

 To były moje drugie zdjęcia z Dawidem. Z obu jestem bardzo zadowolona. Ja się mogłam wczuć, a on uchwycił odpowiednie momenty, z odpowiednim światłem i w ogóle tym wszystkim o czym nie mam pojęcia. No i nie musiałam do tego chudnąć 30kg i tego ładnie utrzymywać o wodzie i chlebie. Przepiękne uczucie!  

Więcej zdjęć znajdziecie na fanpejdżu Dawida. Dajcie mu tam kciuka, coby mu się miło zrobiło! :) KLIK  Będą fajne zdjęcia z książkami, z bańkami mydlanymi i co tam jeszcze. :)) Także zachęcam do śledzenia!




wtorek, 11 sierpnia 2015

Tak bardzo fit w XXI wieku

           Pociągi, już powinniście wiedzieć, że kocham ten środek transportu. A wiecie ile można się z Niego ciekawych rzeczy dowiedzieć? Ano można. Zwłaszcza, jeśli ktoś jest otwarty. No, a któż inny jak nie młodzież? Pewnego deszczowego dnia - tak mi się kojarzy, że padało jechałam wraz z grupką znajomych do Poznania. W celach edukacyjnych i rozrywkowych bodajże.

 Zwykła podróż, która miała trwać około
 godziny. W pewnym momencie kumpel postanowił wyciągnąć Monster Munch (co za nazwa). Także wziął te duszki i zaczął częstować cały przedział! Ludzi dużo nie jechało, w większości miał do wykarmienia Nas. Nie jadam takich rzeczy, dlatego odmówiłam. Jednakże przecież ludzi było więcej, którzy nie pogardzą duszkami. :) W pewnym momencie usłyszałam: "Nie jadam takiego świństa!" Spojrzałam zaciekawiona, że ktoś popiera nie jadanie całej tablicy Mandelejewa i zobaczyłam panią w wieku około 40-50 lat (zawsze mam problem z trafieniem w wiek) i w okropnych kolorowych skarpetkach do krótkich trampek. Odmłodzenie stylem ubierania? Wybaczcie, ale akurat bardzo utkwił mi w pamięci ten kicz. EH. Wracając do kwestii jedzenia. Kolega był niestrudzony i postanowił Panią trochę pomęczyć. "A może jednak?" - zapytał. Pani mu na to z pełną stanowczością: "Nie. Przeczytaj sobie skład!" Niezrażony tym wszystkim odpowiedział: "90g szczęścia, 10g miłości" Ja byłam kupiona i automatycznie wyskoczył mi banan na twarzy. A Pani oburzona: "I kilogram tłuszczu w biodrach." Kumpel odszedł. Tym razem trafiła mu się studentka dietetyki, która prawie złapała się za głowę zapoznając się ze składem.

Potem oni sobie porozmawiali, a ja wróciłam wzrokiem do Naszej współtowarzyszki podróży, która była pewnie na diecie. Zlustrowałam wzrokiem jej reklamówkę, która była na wierzchu - cola light, sucharki - płomyki i papierosy. Idealny zestaw osoby planującej zgubić kilka kilo... Z całej trójki zaakceptowałabym tylko sucharki. I to na pewno jako przekąska, nie danie główne. Chociaż od papierosów ponoć się chudnie! Znaczy - długoletni palacze palący 2 paczki dziennie przeważnie są chudzi. No, ale myślę, że Pani też chciałaby być zdrowa. Także fajkom mówimy NIE. No i czy ta cola taka zła? W końcu LIGHT! Czytając skład (ponoć light i 0 to jeden pies) już tak fit nie wygląda. No, ale do diety się nada, ano przecież.


A tu taka ciekawostka:


    Także nie można przesadzać ze swoją dietą i FIT życiem w żadną stronę. Pani chyba wyrzekła się jednej przyjemności na rzecz innych ponoć też przyjemności. Czy zdrowych? No niekoniecznie. Jednakże - na coś trzeba umrzeć, wszystko jest dla ludzi.





poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Leniwiec pospolity, a może wyczynowiec?

           Wakacje uciekają mi przez palce. W sumie rzadko kiedy jest inaczej. Jednakże to, że pozostał tylko miesiąc mnie "przeraża". Człowiek zdecydowanie zbyt szybko się przyzwyczaja... I to jest ten ból. Dzieję się sporo. Dużym zainteresowaniem cieszył się cykl #summer . Byłam mile zaskoczona - nie spodziewałam się, że będzie miał aż taki duży odbiór. To oczywiście Wasza zasługa - dziękuję. Cieszę się, że mogliście dowiedzieć się czegoś nowego. Mam teraz do Was pytanie - chcielibyście kolejny cykl? Byłabym wdzięczna za składanie propozycji w komentarzach.

 Obecnie próbuję odbudować relację z własnym ciałem. Przez kilka wydarzeń podupadła mi samoocena - tak długo budowana. Byłam zadowolona, mówiłam sobie komplementy, a tu bach. Zdarza się najlepszym. Najważniejsze to się nie załamać - przecież dwa tygodnie przeżywania to nie tak długo... Nadal mam całą sytuację w głowie, ale już o niej tak często nie myślę, nie rozczulam się, stało się. Czasu nie cofnę, zabić się nie zabiję. Przyjęłam do wiadomości, podniosłam się, otrzepałam kolana i idę dalej! Mimo, że piach w oczy. I polecam się komuś wygadać. Może o tyle nie pomaga - zwierzanie jakoś nie przynosiło mi ukojenia, musiałam przeboleć sama, ale pozwala nie zwariować. Nie zaczęłam głupieć i dotarło do mnie, że nie na wszystko mam wpływ. :)



Poszły biegać!

Wracając do mojego ciała :D postanowiłam na Zdrowy Tydzień. Konkretnie się rozleniwiłam poprzez szkolenie w Warszawie (średnio 7 posiłków dziennie <3) W domu nie mogłam się przestawić na moje jedzenie co 3 godziny... Doszły słodycze. Przecież stres najlepiej zajeść! Biodra nie podziękują, a apetyt będzie jeszcze większy. No, ale chandra trochę mniejsza. Moja aktywność była praktycznie zerowa przy poprzednim ćwiczeniu 6 razy w tygodniu. Jednakże w tamten wtorek powiedziałam DOŚĆ! Trzeba coś z tym zrobić... I wymyśliłam to: "Przez tydzień nie będę jadła niezdrowych rzeczy i przetworzonych słodyczy. Będę zapisywała w zeszycie co zjadłam i o której. Dodatkowo policzę kalorie. Wykonam 6 treningów." Jak pomyślałam tak zaczęłam realizować. W końcu to tylko tydzień. Wiedziałam, że da mi dużo. Dzięki temu na nowo wznowiłam treningi - już wiem, że będę je kontynuować. :) Przy jedzeniu też mam nadzieję pozostanę. Zastanowię się jedynie czy liczyć kalorie. Nie chcę przekroczyć cienkiej granicy i popaść w uzależnienie. ; )


chlebek chrupki, serek wiejski, pomidor, szczypiorek


 Mimo, iż tydzień się nie skończył ja już czuję różnicę! Zaczynam znowu zwiększać swoją samoakceptację. Jest pięknie! Może spektakularnych efektów nie będzie, ale nie o to mi chodziło. Chciałam znowu wrócić do gry - i to mi się udało. Jestem zadowolona z treningów. Wcześniej po powrocie ze szkolenia nie mogłam ich wprowadzić. Ulubiona wymówka - nie chcę mi się, jestem zmęczona... Tak! Wczoraj poszłam biegać mimo niemiłosiernego zmęczenia żniwami. I co? I energia mi wróciła. Miałam ochotę jechać na imprezę. Niestety kierowcy popili i nie było jak. Tak wszyscy nie byli w stanie. :D Czyżby to sobota była?  


On jest mi wierny <3

   Dzisiaj postanowiłam jechać z Agatą na najlepsze lody! Problem? Miejsce oddalone o 22km od miejsca zamieszkania. Przecież nie pojedziemy tam samochodem - żadna frajda. No i odkładany tłuszcz. Nie o to przecież mi chodziło. I wybrałyśmy się rowerami! Miałyśmy cały czas pod wiatr, ale no cóż biednemu zawsze wiatr w oczy. Jednakże jaką miałam satysfakcję jedząc te dwie gałki lodów za 2,50zł jedna. (Jednakże naprawdę się opłaca, bo smak mają niepowtarzalny!) Lody uwielbiam i to jedyna słodycz, na którą pozwalam sobie podczas Zdrowego Tygodnia. Big Milk śmietankowy ma tylko 86kcal! :) Nie można popadać w paranoję.